Kulinarne Rozmowy Z Gwiazdami | Porady Max Kuchnie
Kulinarne Rozmowy Z Gwiazdami | Porady Max Kuchnie
KUP TANIEJ W ZESTAWIE
KUP TANIEJ W ZESTAWIE
Strona główna Porady Wywiady Kulinarne rozmowy gwiazd Wszystkiego po trochu, poproszę

Kulinarne rozmowy gwiazd


Wszystkiego po trochu, poproszę

Szczupła, filigranowa - kto by uwierzył, że potrafi zjeść więcej niż niejeden mężczyzna?! A jednak! - Jestem postrachem barobusu – żartuje Andżelika Piechowiak - serialowa Mirka z „M jak miłość".

MK: Jak każdy smakosz, chętnie odkrywa Pani kuchnie świata. Którą z nich ceni Pani szczególnie?
AP: Najbardziej lubię te, które są zdecydowane smakowo. Uwielbiam kuchnię węgierską: gulasze, papryki nadziewane, pikantne kiełbasy. Kocham kuchnię hiszpańską i portugalską, głównie za ryby i owoce morza – mam na ich punkcie fioła! Meksykańska kuchnia też mi pasuje - bo jest piekielnie ostra - chociaż nie przepadam za fasolą, którą dodaje się tam do większości dań. Za to włoskie pasty mogłabym jeść codziennie, jestem zapaloną makaroniarą.
 

MK: Kompletnie tego nie widać! O takiej smukłej i zgrabnej sylwetce marzy niejedna z nas...
AP: Dziękuję. To akurat nie jest moja zasługa – po prostu dostałam od losu dobre geny. Naprawdę lubię zjeść, i to dużo! Oj, duuuuużo! (śmiech) Gdybym nie mogła, byłabym nieszczęśliwa, bo jedzenie to – moim zdaniem – jedna z największych przyjemności, jakie mamy w życiu. Bardzo lubię gotować, wymyślać coraz to nowe potrawy - to mnie relaksuje. Chociaż ostatnio mam tak dużo pracy, że jestem zmuszona stołować się „na mieście". Ma to jednak dobre strony. Wakacje też są świetną okazją do wypróbowania kuchni innych narodów. Nie znaczy to, że nie lubię polskiej. Lubię, i to bardzo! A najbardziej tę tradycyjną. Czasem najdzie mnie tak wielka ochota na schabowego z ziemniakami i kapustką zasmażaną...
 

MK: Czyli raczej kuchnia „męska"? Kobiety jednak wybierają te mniej kaloryczne potrawy.
AP: Nie dzieliłabym tak tego. Chociaż... nawet panowie śmieją się, że miewam prawdziwie wilczy apetyt. (śmiech). Stałam się nawet postrachem barobusu. Jakiś czas temu nagrywano „Kulisy M jak miłość" i pewien dziennikarz pytał aktorów, co najbardziej kojarzy się nam z planem zdjęciowym: co lubimy, za czym tęsknimy itd. Jedni mówili, że mają tu swoje kapcie, w których grają od lat. Inni pokazywali ulubione miejsca, nawiązywali do sytuacji. A ja powiedziałam tak: „Dla mnie najważniejszym miejscem jest tutaj barobus. A już najbardziej lubię te dni, w których rano mam zdjęcia w jednej ekipie, a popołudniu w drugiej, bo wtedy załapuję się na dwa obiadki". (śmiech) No i zawsze dostaję największe porcje. Nawet panowie techniczni nie są w stanie konkurować ze mną w jedzeniu.
 

MK: Teraz to chyba trochę Pani kokietuje?
AP: Mówię prawdę! (śmiech) Zawsze jak wchodzę do barobusu, czytam menu: „I co my tu dzisiaj mamy?", a ktoś z obsługi pyta: „Wszystkiego po trochu?". „Noooo, poproszę" - odpowiadam. Śmieją się ze mnie wszyscy kucharze. Śmieją się reżyserzy, aktorzy i cała ekipa filmowa. Bo wiedzą, że nie skończę na jednym daniu. A przecież są jeszcze deserki! (śmiech) Aczkolwiek jem bardzo nieregularnie, i mam również takie dni, że tak strasznie zakręcę się w pracy, że po prostu zapominam o jedzeniu. Dziś tak mam. Zjadłam śniadanie, ale w biegu. Śpieszyłam się na event, który organizowała moja firma „Palma". I już wiem, że gdy skończymy rozmawiać, pobiegnę na jakiś porządny polski obiad, który zregeneruje mi siły i postawi szybko na nogi.


Zdjęcie: agencja WBF

MK:
A czy jest coś, czego Pani nie znosi? Coś, czego Pani nie tknie, nawet jeśli pada z głodu?
AP: Jestem oporna, jeżeli chodzi o nabiał. Koszmarem mojego dzieciństwa była zupa mleczna. Do dziś na jej wspomnienie robi mi się niedobrze. Nienawidzę ciepłego mleka. Mam też problem z białymi serkami, twarogami itd. Może dlatego, że mam grupę krwi 0, a to są podobno mięsożercy. Nawet próbowałam oduczyć się jedzenia mięsa, ze względów ideologicznych oczywiście. Ale zawsze źle się to dla mnie kończyło. Po prostu, brakowało mi białka zwierzęcego, i to niestety było odczuwalne w ogólnej kondycji organizmu, na razie więc przestałam z nim walczyć. (śmiech) Zwracam jednak uwagę na jakość. Bo jedzenie byle jakiego mięsa to dramat! Jak człowiek pomyśli, co tam jest, to... lepiej kupić rzodkiewkę. Ze smakiem mięsa kojarzy mi się np. ostatni wyjazd do Stanów. Oni tam mają taaaaakie steki! I potrafią je robić!
 

MK: Niech zgadnę: Pani wybiera te krwiste?
AP: Nie, to już zbyt „ekstremalna" przyjemność! Wolę te wysmażone, ale... nie do końca. Tęsknię za tymi Stanami, właśnie ze względu na steki. I ostrygi. Są świetne! No i te ogromne porcje...
 

MK: To jest jednak nieuczciwe! Wie Pani, że są ludzie, którzy „tyją" na sam widok jedzenia?!
AP: (śmiech) Wiem! Mój narzeczony ciągle mi powtarza: „To jest nieuczciwe!", kiedy patrzy, co i ile zjadam. Bo ja naprawdę kocham jeść! Gdy więc lecimy na weekend do Rzymu (bo to jest nasze ukochane miejsce), to z równie wielką pasją zwiedzam piękne zabytki, jak i restauracje.
 

MK: Żeby poznać kulturę danego kraju, trzeba to zrobić także przez jego kuchnię, prawda?
AP: Dla mnie jest to oczywiste, że jeśli przyjeżdżam do Włoch, to szukam włoskich smaków. Ale są tacy, którzy codziennie na śniadanie chcą zjeść tę klasyczną jajecznicę. No i co im zrobić?! Menu w hotelach też jest dostosowane do ich potrzeb. I dlatego lepiej samemu wybierać sobie jakieś restauracje. Zresztą, ja w ogóle nie lubię jedzenia hotelowego. Śniadanie kontynentalne mnie nie kusi. Wolę wstać rano, wyjść do miasta i znaleźć jakiegoś bajgla z budki albo nawet kupić coś w sklepie i zjeść to później na plaży. A wieczorem lubię posiedzieć w jakiejś małej restauracyjce. Czasem długo trwa znalezienie fajnego miejsca, gdzie można dobrze zjeść. I to też jest wyzwanie! A czasem powraca się do miejsc już sprawdzonych, za którymi się tęskni...
 

MK: A gdyby miała Pani wehikuł czasu, to gdzie chciałaby dzisiaj polecieć na dobry obiad?
AP: Na Kubę! Jadłam tam genialnego kraba!!! Oczywiście nie w hotelowej restauracji, bo tam starali się gotować po europejsku. Albo jeszcze gorzej: mieszali jedzenie europejskie ze standardami amerykańsko-kubańskimi. Coś okropnego! Szukaliśmy więc lokalnej kuchni. A jak wiadomo, Kubańczycy nie stołują w wymuskanych restauracjach, tylko głównie we własnych domach. I takie też tworzą restauracyjki, w najzwyklejszych domach. Na ulicy stoją naganiacze, którzy wołają coś i pokazują turystom kierunek - człowiek trochę się ich boi, ale jak jest w większej grupie, to śmiało idzie. (śmiech) W tym domu jest kilka stolików, na nich leżą ceraty - i to jest cały wystrój lokalu. A na stół podają to, co normalnie robią sobie na obiad. Tam właśnie trafił mi się najlepiej na świecie przyrządzony krab! Pycha! Kubańskie gospodynie są mistrzyniami w ich przyrządzaniu! Wiadomo, to jest ich narodowa specjalizacja. To tak, jakby ktoś w Polsce zrobił w domu schabowego. Tego się nie zapomina!


EB: Dziękuję za rozmowę.

Ewa Anna Baryłkiewicz 

Komentarze


Brak dodanych komentarzy, bądź pierwszy i dodaj komentarz.

Zobacz również


Gotowanie to wielka frajda!


Lubię gotować. Ale jeść, po prostu, uwielbiam! – wyznaje Dorota Gardias. I...

W święta kalorii nie liczę!


Żyje intensywnie, na walizkach, bo pochłaniają ją liczne obowiązki zawodowe. I...

W kuchni rządzi mój mężczyzna


Lubi mieszać w garnkach – ale tylko jako aktorka. - Kuchenne czynności wprowadzają...